Pohl Frederic - Gateway Brama Do Gwiazd - Rozdzia� 17
Rozdzia� 17
Zdaje mi si�, �e klimatyzacja Sigfrida znowu nawali�a, ale nic
ju� nie m�wi�. Stwierdzi�by tylko, �e temperatura wynosi dok�adnie
5°C, tak jak zawsze, i spyta�by, dlaczego uczuciem gor�ca usi�uje
wyrazi� m�j b�l wewn�trzny. A ja mam ju� dosy� takich tekst�w.
- M�wi�c szczerze - stwierdzam g�o�no - nie mog� ci� ju�
znie��.
- Bardzo mi przykro. Rob. By�bym ci jednak wdzi�czny, gdyby�
mi powiedzia� co� wi�cej o swoim �nie.
- A, cholera. - Polu�niam nieco przytrzymuj�ce mnie paski, bo
cisn�. W ten spos�b od��czam r�wnie� niekt�re z urz�dze� kontrolnych
Sigfrida, ale wyj�tkowo nie zwraca mi na to uwagi. - To ca�kiem nudny
sen. Jeste�my w statku. Dolatujemy do planety, kt�ra wpatruje si� we
mnie, niczym ludzka twarz. Nie widz� oczu, bo zas�aniaj� je brwi, ale z
jakiego� powodu wiem, �e ta twarz p�acze i to przeze mnie.
- Czy j� rozpoznajesz?
- Nie. To twarz jakiej� kobiety.
- Wiesz, dlaczego p�acze?
- Raczej nie, ale to przeze mnie. Jestem tego pewien.
Chwila milczenia. - Czy m�g�by� zapi�� z powrotem paski? -
m�wi.
Przestaj� nad sob� panowa�. - Czy�by� si� ba� - w moim g�osie
brzmi drwina - �e nagle wstan� i rzuc� si� na ciebie?
- Oczywi�cie, �e nie. Ale b�d� ci wdzi�czny, je�li zrobisz to,
o co prosz�.
Zaczynam zapina� je powoli i niech�tnie. - Zastanawiam si�
tylko, co mi po wdzi�czno�ci programu komputerowego.
Nie odpowiada, chce mnie przetrzyma�. Pozwalam mu wygra� i
m�wi�:
- W porz�dku, ju� jestem w kaftanie bezpiecze�stwa. Jakie to
wstrz�sy zamierzasz mi zaaplikowa�, �e a� trzeba mnie zwi�za�?
- To pewnie nic takiego, Robbie - m�wi. - Zastanawiam si�
w�a�nie, dlaczego czujesz si� winny, �e ta dziewczyna z planety p�aka�a.
- Ba, �ebym to wiedzia� - odpowiadam i naprawd� tak to czuj�.
- Znam par� fakt�w, z powodu kt�rych masz wyrzuty sumienia
- m�wi. - Jeden z nich to �mier� twojej matki.
- Chyba tak, w jaki� idiotyczny spos�b - przyznaj� mu racj�.
- My�l� te�, �e czujesz si� winny wobec twojej dziewczyny,
Gelle-Klary Moyniin.
Poruszam si� nerwowo. - Gor�co tu jak cholera - skar�� si�.
- Czy wydaje ci si�, �e kt�ra� z tych os�b co� ci zarzuca�a?
- Sk�d mam, kurwa, wiedzie�?
- A mo�e pami�tasz, �e co� takiego m�wi�y?
- Nie! - Rozmowa staje si� zbyt osobista, wi�c chc�c j�
utrzyma� na p�aszczy�nie oboj�tnej stwierdzam: - Zgoda, �e mam pewn� tendencj� do
obarczania si� odpowiedzialno�ci�. Jestem chyba do�� klasycznym przypadkiem, nie?
Mo�na go odszuka� na stronie 277 ka�dego podr�cznika.
Rozbawia mnie pozwalaj�c przez chwil� trwa� w tym bezosobowym
tonie. - Lecz prawdopodobnie na tej�e stronie - stwierdza - m�wi si� r�wnie� o
tym, �e odpowiedzialno�� narzuca sam podmiot. Sam wi�c j� stwarzasz, Robbie.
- Bez w�tpienia.
- Nie musisz przecie� wbrew swojej woli poczuwa� si� do
jakiejkolwiek odpowiedzialno�ci.
- Oczywi�cie, ale ja chc�.
- Czy przychodzi ci do g�owy - pyta prawie natychmiast -
dlaczego tak si� dzieje? Dlaczego chcesz mie� poczucie, �e je�li cokolwiek jest
�le, to z twojej winy?
- A, psiakrew! - rzucam z niesmakiem. - Twoje przewody znowu
nawalaj�. To nie jest tak. Chodzi o co� wi�cej... pos�uchaj. Kiedy zasiadam do
uczty �ycia, jestem tak zaj�ty zastanawianiem si�, jak spojrze� na rachunek, co
pomy�l� inni, gdy go zap�ac�, i czy mam przy sobie dosy� pieni�dzy, �e nie starcza
mi si� na jedzenie.
- Niezbyt mi si� podobaj� te twoje literackie popisy - m�wi
�agodnie.
- Bardzo mi przykro. - Nieprawda, wcale nie jest mi przykro.
Doprowadza mnie do sza�u.
- Wracaj�c za� do twojego por�wnania: dlaczego nie pos�uchasz,
co m�wi� inni ludzie? Mo�e m�wi� o tobie co� mi�ego albo co� wa�nego?
Musz� si� powstrzyma�, �eby nie zrzuci� pask�w, nie zdzieli� w
twarz szczerz�cego z�by manekina i nie wyj�� z tego bagna raz na zawsze. Czeka, a
mnie si� wszystko w g�owie kot�uje, w ko�cu wybucham: - Mam ich s�ucha�? Sigfrid,
ty stary, g�upi gracie, przecie� ja nic innego nie robi�. Chc�, �eby mi m�wili, �e
mnie kochaj�. Nawet mog� mi m�wi�, �e mnie nienawidz�, cokolwiek, ale niech to
powiedz�, sami z g��bi serca, szczerze. Tak jestem zas�uchany w g�os serca, �e
nawet nie s�ysz�, gdy kto� mnie prosi o s�l.
Milczenie. Chyba d�u�ej nie wytrzymam. - Potrafisz to wszystko
tak pi�knie wyrazi�, Robbie - po chwili m�wi z podziwem - ale ja najch�tniej...
- Przesta�! - rycz�, naprawd� ju� w�ciek�y, zrzucam paski i
siadam, by spojrze� mu w twarz. - I przesta� nazywa� mnie Robbie! M�wisz tak do
mnie, kiedy wed�ug ciebie zachowuj� si� jak dziecko. Ale teraz nie
jestem dzieckiem!
- Tak w zasadzie, to nie masz ra...
- Ju� ci m�wi�em, �eby� przesta�! - Zeskakuj� z materaca i
�api� swoj� torb�. Wyci�gam z niej skrawek papieru, kt�ry da�a mi S. Laworowna po
tych wszystkich drinkach i ��ku. - Sigfrid - warcz� - znios�em ju� wiele. Teraz
twoja kolej.
Strona g��wna
Indeks